Lourdes – 160. rocznica objawień

LOURDES – ZNAK Z NIEBA

Jezus przyszedł nad jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przybyły do Niego wielkie tłumy, mając ze sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela”

(Mt 15, 29 – 31)

Niebiański znak

Lourdes jest miejscem, gdzie stykają się niebo i ziemia. Miejscem, w którym ludzie są bliżej siebie samych, bliżej innych i bliżej Boga. To cudowny znak z nieba, ciągle na nowo odkrywany przez miliony ludzi różnych nacji i języków. Jest to znak, który nie przestaje zachwycać i pobudzać miliony ludzkich serc. Lourdes jest miejscem, które może zmienić życie i nadać mu nowy kierunek. Dniem i nocą okolice groty Massabielle rozświetla niezliczona ilość świec. Każda z nich symbolizuje kogoś, kto z ufnością je zapalił, przekładając Bogu jakieś swoje nadzieje, obawy i zmartwienia, a może po prostu chciał za coś podziękować. Świece są znakiem modlitwy, przypominają światło paschału, który symbolizuje Zmartwychwstałego.

Dziś, po 160 latach, które minęły od objawień Pięknej Pani, dzieje Bernadety i świętość miejsca znajdują dalszy ciąg w historii pielgrzymów przybywających co roku, by po raz pierwszy lub któryś z kolei doświadczyć tego niezwykłego sacrum, odczuwalnego tak mocno właśnie w tym sanktuarium. Teren wokół groty uchodzi za święty krąg, gdyż jest on miejscem, gdzie się przychodzi, żeby się modlić, żeby doświadczyć Kościoła, żeby się zbliżyć do Boga i doznać Jego bliskości podczas sprawowanego kultu. Odkryć tajemnicę Lourdes oznacza dotknąć tajemnicy kochającego Boga; Boga będącego blisko każdego człowieka, Boga pochylającego się nad ludzkimi słabościami, Boga o szeroko otwartych ramionach.

Od pierwszego uznanego za cud uzdrowienia Catherine Lapatie Lourdes stało się „miejscem cudów”. Takim określeniem najchętniej posługują się media, zwłaszcza, gdy po raz kolejny zostaje uznane przez Kościół jakieś nadzwyczajne zjawisko. Uzdrowienia, jakie wydarzają się w Lourdes, nie powinny jednak wzbudzać złudnych nadziei albo zwracać uwagę tylko na ten jeden aspekt. Aby uchronić się przed zarzutami świadomego lub bezwiednego nadużycia, oskarżeń o łatwowierność czy wręcz oszustwo oraz aby wykluczyć symulantów, niezrównoważonych psychicznie czy tez żądnych sensacji fanatyków, Kościół głównie koncentruje się na wnikliwej analizie uzdrowień na ciele. Przypadki tego rodzaju są niezwykle drobiazgowo badane przez szereg rozmaitych niezależnych komisji lekarskich, aż do momentu, gdy zostanie dowiedziona na sto procent „niewytłumaczalność uzdrowienia”. Ostatnimi czasy wzrosła liczba doniesień o uzdrowieniach w sferze psychosomatycznej albo duchowej, które zdają się przekraczać liczbę uzdrowień typu cielesnego. Cuda w dziedzinie zwalczania chorób nieuleczalnych wpisują się w uzdrowicielską moc Boga, który niesie zdrowie chorym, otwierając przed nimi w życiu nowe perspektywy. Osoba uzdrowiona sama sobą potwierdza przynoszącą zdrowie Bożą obecność, potęgę i miłość: „Twoja wiara cię ocaliła. Idź w pokoju…” (Mk 5, 34). Cuda, dla których warunkiem jest wiara, wskazują na nowe, niezniszczalne życie, o którym Bóg zapewnia człowieka w obietnicy Zmartwychwstania. Stwórca nie ma względu na osoby i w każdym narodzie jest Mu ktoś miły. Uzdrowienia w Lourdes zawsze prowokowały do stawiania pytań: „Czemu Bóg leczy tylko znikomą garstkę w obliczu całych tysięcy chorych? Czyżby uzdrowieni wyróżniali się lepszym postępowaniem albo silniejszą wiarą? Czyżby się więcej i lepiej modlili od innych?” W czasach Jezusa, tak samo jak i w Lourdes, uzdrowienie nie jest specjalnym przywilejem, gdyby tak było, to na pewno schorowany Jan Paweł II zostałby natychmiast uzdrowiony z wyniszczającej go choroby podczas modlitwy w grocie Massabielle. Uzdrowienie stanowi ilustrację, jak Bóg może działać w życiu człowieka. Jest ono pojedynczym znakiem, wskazującym na Boga. Poświadcza to Jean-Pierre Bély, pielęgniarz, którego uzdrowienie ze stwardnienia rozsianego w stopniu bardzo zaawansowanym, zostało uznane przez Kościół za cud w roku 1999. Opisuje on swój przypadek jako uleczenie tak ciała, jak i duszy, które przemieniło całą jego dotychczasową egzystencję.

Wizytówka Lourdes

Od czasu objawień chorzy i niepełnosprawni są wizytówką tego sanktuarium, jak nigdzie indziej na świecie. Na co dzień często żyją w anonimowości mniejszych ośrodków lub wielkich miast, na pograniczu społeczeństwa preferującego wieczną urodę i młodość, i pogardzającego niepełnosprawnością. Przez ostatnie 160 lat do Lourdes przybyły blisko trzy miliony chorych, a ich liczba wciąż rośnie dzięki nowoczesnym możliwościom komunikacyjnym. Według oficjalnych danych co roku przyjeżdża tu 80 tyś. ludzi z problemami zdrowotnymi i wielu innych, których cierpienia nie są zauważalne gołym okiem. Wymaga to wiele samozaparcia, żeby opuścić dom i podjąć niejednokrotnie wysiłek podróży, bo wówczas jeszcze bardziej niż zwykle są zdani na cudzą pomoc. Nie chodzi jednak tylko o to, żeby chorych przywieźć do Lourdes i otoczyć ich opieką lekarską, a tych co są na wózkach inwalidzkich podprowadzić do groty. Lourdes to coś więcej. Sedno sprawy stanowi tutaj nacechowane pełnym szacunkiem obchodzenie się z chorymi, niepełnosprawnymi i starszymi. Wszystko to robi się na wzór samego Chrystusa, który zapraszał do siebie chorych, poświęcając im wiele uwagi. Dlatego też chorym i potrzebującym pomocy przysługuje przywilej pierwszeństwa, którego nie można ograniczać jedynie do spraw opieki medycznej. Każdy ma swoje absolutnie osobiste potrzeby i przychodzi ze swoim indywidualnym życiorysem. Trzeba go więc zaakceptować i przyjąć do wspólnoty. Tutaj rusza się wszędzie razem. Na nabożeństwach, procesjach, Mszy, posiłkach i spotkaniach – wszędzie obecni są chorzy. W Lourdes nie chodzi o to, skąd kto przybył, jaką się cieszy pozycją lub jaki jest jego status społeczny. Lourdes nie jest także jakąś enklawą, odrębnym światem, lecz wskazuje na cały Kościół jako na zbiorowość, która nie tylko ma wiarę, ale potrafi nią się dzielić z innymi w atmosferze pokoju i pojednania. Lourdes zawsze miało swoją wizję człowieka, całkiem odmienną od wyobrażeń, jakie ma o nim społeczeństwo sukcesu. Na widok takiego skondensowania najrozmaitszych cierpień i chorób niejednemu samoczynnie płyną łzy. Choroba, niepełnosprawność, podeszłe lata zmieniają stosunek do wszystkiego w życiu. Jan Paweł II, przez swoją postawę i odważne odniesienie się do swojej choroby, stworzył świadomość, ukazując walor ludzkiego życia i pomógł usunąć obawę przed kontaktem zdrowych z chorymi.

Mały Justyn, 1858 r.

Justyn, bardzo jak na dwuletniego chłopca wątły, cierpiał na gruźlicę płuc. Zdrowie opuściło to dziecko już w momencie narodzin i to do tego stopnia, że nigdy nie miał okazji chodzić. Jego matka, Croisine Bouhort, otrzymywała zewsząd wyrazy współczucia, bo przecież każdy wiedział, że jej dziecku sądzone jest umrzeć bardzo wcześnie. Henri Vergez, wybitny profesor na wydziale lekarskim w Montpellier i zarazem osoba obarczona misją przez biskupa Laurence celem przebadania wszystkich przypadków tajemniczych uzdrowień, jakie się wydarzyły za sprawą wody z cudownego źródła, ani przez moment nie podejrzewał, że będzie bezpośrednim świadkiem Bożego działania w życiu wielu chorych i że jego badania na zawsze wpiszą się w historię uzdrowień w Lourdes. Justyn, którego przypadek profesor wnikliwie przeanalizował, był żywą ilustracją tych cudów. W pierwszych dniach lipca 1858 roku jego stan stał się alarmujący, a matka, mając mimo wszystko nadzieję, zdecydowała się działać. W tamtych czasach mówiono wiele na temat nowego źródła w Lourdes. Zabrawszy niemal już konające dziecko w ramiona, Croisine udała się do groty. Łamiąc wyraźny nakaz władz, który zabraniał wiernym wejścia do groty Massabielle, podeszła prosto do zbiornika z wodą, żeby zanurzyć swe dziecko w zimnej wodzie na oczach osłupiałych świadków. Protesty, krzyki i propozycja przyjścia z pomocą na nic się zdały: trzymała małego Justyna w tej wodzie bez końca. Wyciągnięty z niej wreszcie chłopczyk ciągle oddychał. Sam fakt, że jeszcze żył dla wielu był już niezwykłym zjawiskiem. Jednak prawdziwą tajemnicę należało dopiero odkryć: wraz z powrotem do domu dziecko obudziło się do życia, nabierając sił i kolorów. Zaczęło także chodzić. Profesor Vergez nie potrafił wyjść z zachwytu, gdy zobaczył jak mały Justyn, jeszcze niedawno umierający, tryskał zdrowiem i bawił się w swoim domu, jakie każde inne dziecko w jego wieku.

Gabriel Bargam, 1901 r.

Dla Gabriela, który od piętnastu lat nie przekroczył progu kościoła, wyjazd do Lourdes wydawał się całkowicie zbyteczny. Jego osąd był prosty: Lourdes to jeszcze jeden z przesądów.

17 grudnia 1899 roku Gabriel Gargam rozpoczął pracę jako kurier pocztowy i wsiadł do ekspresu odjeżdżającego z Bordeaux. Niedługo po odjeździe pociąg musiał się zatrzymać z powodu awarii. Nagle rozległ się przerażający huk. W ułamku sekundy Gabriel zdał sobie sprawę z tego, co się stało: to ekspres z Bordeaux wpadł na nich z całą prędkością. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, został z ogromną siłą wyrzucony daleko na nasyp i leżał pod warstwą śniegu. Jeden z jego kolegów zginął na miejscu, dwóch innych walczyło o życie. Dopiero po upływie siedmiu godzin Gabriel został odnaleziony pod warstwą leżącego śniegu i odwieziony do szpitala. Wyrok był druzgocący: ciało Gabriela uległo paraliżowi od pasa w dół. Karmiony przez sodę, szybko stracił na wadze i ważył zaledwie trzydzieści sześć kilogramów. Stopy pokryły się ropiejącymi ranami, a jego stan pogarszał się z dnia na dzień. Lekarze zgodnie stwierdzili, że kalectwo Gabriela jest nieuleczalne i że niebawem umrze.

Chory budził się zlany potem. Znów ten koszmarny sen nie pozwalał mu spać. Ciągle przeżywał na nowo ten tragiczny wypadek. Pewnego razu lekarze poinformowali go o potrzebie przeprowadzenia trepanacji kręgów. Na tak poważną operację Gabriel nie chciał wyrazić zgody. Pragnął tylko wrócić do domu i tam spokojnie umrzeć. Nieco później odwiedził go w szpitalu kuzyn, którego błagał, by ten pomógł mu powrócić do domu i uniknąć zapowiedzianej operacji. Propozycja kuzyna wydała się mu dość dziwna. Wtedy usłyszał, że żeby uniknąć operacji, musi się dać zapisać na narodową pielgrzymkę do Lourdes. Tylko w taki sposób będzie mógł uniknąć operacji, której się tak obawiał. Gabriel, widząc swoją bezradność, postanowił zrobić wszystko, żeby tylko opuścić to przeklęte szpitalne łóżko. I mimo iż sprawa Lourdes była dla niego jednym z zabobonów, postanowił wybrać się tam z zorganizowaną pielgrzymką.

20 czerwca 1901 roku, po trudnej do zniesienia podróży, Gabriel dotarł na miejsce. Gdy matka pokazała mu dużą figurę Chrystusa z tamtejszej Drogi Krzyżowej, zachęcając go, żeby się pomodlił, chory udał, że nie słyszy i odwrócił głowę. Następnie na czczo zaniesiono go do groty. Tam, po przyjęciu Komunii św., pierwsze mrowienie w nogach przyciągnęło jego uwagę. Gdy kilka minut później został zanurzony w basenie z wodą z cudownego źródła, modlił się gorąco pełen przedziwnego spokoju. Niestety, wkrótce znalazł się już przy trasie procesji z Najświętszym Sakramentem, a jego stan zdawał się świadczyć o tym, że zbliża się jego koniec. Na szczęście pielęgniarz nie pozwolił go stamtąd zabrać. Ku zdziwieniu otaczających go osób Gabriel obudził się z tego stanu. Początkowo był smutny, że przegapił procesję. Ogarnięty wzruszeniem, próbował się podnieść i popatrzeć. Nie pozwolono mu. On jednak nie przestawał nalegać. Na próżno próbowano przemówić kalece do rozsądku. W pewnym momencie zawołał jakimś nie swoim głosem: „Pozwólcie mi chodzić!” I w jednej chwili stanął boso o własnych siłach. Bardzo szybko znów położono go na noszach, z których chory aż się wyrywał. Mógł przecież samodzielnie chodzić i czuł, że nabiera sił. Również i rany zaczęły w niewytłumaczalny sposób znikać z jego ciała. Pełen niezwykłej łagodności, bez sprzeciwu poddał się długotrwałym oględzinom lekarskim. Dla Gabriela sprawa była oczywista: został uzdrowiony przez samego Boga. W duchu wdzięczności za otrzymaną łaskę przez pięćdziesiąt jeden lat powracał do Lourdes, gdzie pomagał w szpitalu.

Alexis Carrel i Marie Bailly, 1903 r.

Alexis Carrel, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, uwierzył, że Boga nie ma, mimo iż jego matka była osobą głęboko wierzącą i wychowywała swoje dzieci po śmierci męża w duchu katolickiej wiary i moralności. Alexis odznaczał się wybitnymi zdolnościami w dziedzinie medycyny. Miał również bogatą wyobraźnię twórczą i pragnienie doskonalenia swoich umiejętności, poznawania i odkrywania tajemnic ludzkiego organizmu. Po zakończeniu wstępnego roku studiów Alexis podjął decyzję o rozpoczęciu specjalizacji w zakresie chirurgii na Wydziale Medycznym uniwersytetu w Lyonie. Bardzo szybko zdobył umiejętność przeprowadzania skomplikowanych operacji chirurgicznych. W celu udoskonalenia swojej techniki operacji chirurgicznych pobierał nawet lekcje haftu. Robił to po to, żeby jego ściegi były prawie niewidoczne. Udało mu się także, jako pierwszemu, opracować metodę zszywania arterii. Po zakończeniu specjalistycznych studiów na uniwersytetach w Dijon i Lyonie, Carrel otrzymał tytuł doktora medycyny i zaczął wykładać anatomię, publikować artykuły, wygłaszać konferencje i prowadzić badania. Matka Alexisa ubolewała nad ateizmem swego syna. Opowiadała mu objawieniach w Lourdes i modliła się w intencji jego nawrócenia. W tym czasie prasa katolicka wiele uwagi poświęcała wydarzeniom z Lourdes. Nie odeszło się jednak bez głosów sprzeciwu. Także i w tym przypadku znaleźli się ludzie, którzy za wszelką cenę chcieli zafałszować prawdę o objawieniach Matki Bożej. Wśród nich był Emil Zola, który w swojej książce zatytułowanej „Lourdes” wyraził przekonanie, że cudowne uzdrowienia, do jakich dochodzi w Lourdes, są podyktowane autosugestią. Książka Zoli wywarła wpływ na wielu ludziach tamtej epoki, a wśród tych, którzy „trzeźwo” myśleli, znalazł się również Alexis.

W maju 1903 roku poproszono Alexisa, by towarzyszył jako lekarz pielgrzymce chorych zdążającej do Łourdes. Przed odjazdem dr Carrel zbadał najbardziej chorych, a wśród nich 21 – letnią Marie Bailly, będącą w ostatniej fazie gruźlicy otrzewnej. Podczas podróży Carrel miał możliwość długo rozmawiać z księdzem, który od ćwierć wieku organizował coroczne pielgrzymki do Lourdes. On też poinformował go o niewytłumaczalnych uzdrowieniach, do których dochodzi w tym świętym miejscu. Jednak Carrel, który nie dawał od razu wiary w to wszystko, co usłyszał o miejscu, do którego zmierzał, szczerze szukał prawdy. W swoich notatkach tak napisał: „Jeśli w Lourdes zachodzą jakieś zjawiska nadprzyrodzone, jak to nam podają pobożne kroniki, cóż łatwiejszego, jak zbadać je bezstronnie i bez uprzedzeń, podobnie jakby się badało chorego w szpitalu lub dokonywało doświadczeń laboratoryjnych”. Już na samym początku podróży poproszono Carrela, aby zrobił zastrzyk z morfiny, by uśmierzyć ból Marie Bailly, która nawet nie mogła swobodnie usiąść. Cały czas pluła krwią i wymiotowała, a jej brzuch był jednym wielkim obrzękiem. Bardzo cierpiała i dużo się modliła w intencji nawrócenia swego kuzyna, który podobnie jak Alexis, uważał się za ateistę. Od samego początku najbliżsi i lekarze byli przeciwni pielgrzymce Marie do Lourdes. Jednak w końcu ulegli, gdyż potraktowali jej prośbę jako ostanie życzenie przed śmiercią. Nad ranem Carrel podał chorej kolejną dawkę morfiny. Stwierdził wówczas, że kobieta ma wysoką temperaturę, opuchnięte nogi i wzdęty brzuch, a koło pępka znajdował się duży obrzęk wypełniony wodą. Doskonale zdawał sobie sprawę, że biedaczka może nie dojechać do Lourdes i każdej chwili umrzeć. Kiedy pociąg przybył na miejsce, chorych ogarnęła niezwykła radość, której Alexis w ogóle nie rozumiał. Jednak w głębi jego serca tliło się cierpienie spowodowane niepewnością. Wśród pielgrzymów był również jego kolega ze szkolnych lat. On to opowiedział mu o cudownych uzdrowieniach, których sam był świadkiem. Carrel jednak był pewny, że cud to głupstwo. W rozmowie z kolegą stwierdził, że gdyby umierająca Marie Bailly nagle wyzdrowiała, to uwierzyłby w to wszystko, co mówi się o cudach w Lourdes.

Jeszcze przed udaniem się z chorymi do groty Massabielle Alexis postanowił po raz kolejny zbadać Marie. Jej stan był jednak krytyczny. Kobieta nie umiała wydusić z siebie ani jednego słowa, oddychała z trudnością, jej serce słabło, a brzuch pozostawał rozdęty. Dla Carrela był to klasyczny przypadek agonii spowodowanej gruźlicą otrzewnej. Ze względu na jej stan Marie nie została zanurzona w wodzie z cudownego źródła. Pokropiono ja tylko i położono przed grotą. Patrząc na trupio białą twarz Marie, będącej u kresu swego życia, Alexis wzruszył się i spontanicznie zaczął wypowiadać słowa: „O Panno Święta, jakże chciałbym wierzyć, że ci wszyscy nieszczęśliwi, że to Źródło Cudowne nie jest tworem naszej wyobraźni! Uzdrów tę biedną dziewczynę, ona zbyt wiele wycierpiała. Daj jej żyć, a mnie daj wiarę. Jeśli ta dziewczyna wyzdrowieje, co wydaje się absurdem, spraw, bym mógł uwierzyć”. Tym czasem w grocie rozpoczęło się nabożeństwo, podczas którego kapłan wzywał zebranych wiernych do modlitwy o uzdrowienie z różnych chorób. Alexis patrzył na leżącą na noszach Marie i zauważył coś bardzo dziwnego: z jej twarzy nagle zaczęły znikać sine plamy, a jej policzki powoli nabierały rumieńców. Ku jego zdziwieniu puls i oddech Marie nagle się uspokoiły. Czuł, że właśnie na jego oczach dokonuje się nadzwyczajne wydarzenie. Twarz śmiertelnie chorej nabierała życia, a jej opuchnięty brzuch wracał do normalnego stanu. Doktor z napięciem przypatrywał się zachodzącym zmianom i notował swoje spostrzeżenia. Kiedy zapytał Marie, jak się czuje, usłyszał: „Czuję, że jestem uzdrowiona”. Marie wypiła szklankę mleka i o własnych siłach zdołała się podnieść. Carrel z wrażenia zaniemówił. Zaraz też udał się do Biura Medycznego, żeby zgłosić ten niezwykły przypadek. W hotelu ponownie zbadał uzdrowioną. Jego diagnoza na nowo potwierdziła całkowity powrót chorej do zdrowia. Nagle wszystkie jego dotychczasowe teorie rozsypały się w drobny mak. Carrel zrozumiał, że tego rodzaju uzdrowienie nie mogło dokonać się za sprawą sił natury, lecz mocą samego Boga. Do drugiej nad ranem Carrel zmagał się ze swoimi myślami, siedząc przed grotą Massabielle. W końcu postanowił wejść do kościoła, gdzie padł na kolana i zaczął się modlić.

„Panie, pokieruj Miom życiem, gdyż zagubiony jestem w ciemnościach. Boże mój, jakże żałuję, że nic nie zrozumiałem z życia, starając się rozumieć sprawy, które na próżno człowiek stara się zrozumieć. Życie nie polega na zrozumieniu, lecz na miłości, na niesieniu pomocy drugim, na modlitwie, na pracy. O spraw, mój Boże, by nie było jeszcze za późno”.

(Alexis Carrel)

(w opisie wykorzystano fragmenty artykułu „Skarb wiary” z dwumiesięcznika „Miłujcie się!” nr 5 – 2010)

Wojtek Solosz